Władca much - seryjny morderca Bogdan Arnold

Władca much – seryjny morderca Bogdan Arnold

 

CICHY I SPOKOJNY

Był ranek 22 października 1966 roku, kiedy wychodzący do pracy mieszkańcy kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 14 w Katowicach, spotkali siedzącą na schodach, półnagą prostytutkę, Ludmiłę G.
Nikt nie przypuszczał wtedy, że kobieta cudem uniknęła śmierci z rąk seryjnego mordercy, którym był cichy i spokojny elektryk z mieszkania nr 9 – Bogdan Arnold.

OBYWATEL B.A.

 

O młodości Bogdana Arnolda wiadomo niewiele. Urodzony 17 lutego 1933 roku, w Kaliszu, wychowywał się w tzw. rodzinie inteligenckiej, jako najstarszy z trojga rodzeństwa. Jego ojciec, Eugeniusz Arnold, był lutnikiem, a matka zajmowała się domem. Z kart meldunkowych wynika, że rodzina bardzo często się przeprowadzała, a ostatnim wspólnym miejscem zamieszkania był Brzeg nad Odrą, gdzie Bogdan podjął naukę w szkole zawodowej. Z późniejszej opinii biegłego wynikało, że mężczyzna:

„Twierdzi, że ukończył szkołę średnią zdając maturę, jednak brak jest na to dowodów, a ojciec jego wręcz temu zaprzecza. Arnold podaje, że jest elektrykiem, nie zdobył jednak tego zawodu poprzez naukę w odpowiedniej szkole zawodowej.” *

Co więcej, Eugeniusz Arnold zezna później, że syn niechętnie się uczył i od najmłodszych lat przejawiał skłonności sadystyczne. Mimo to, Bogdan Arnold z łatwością nawiązywał relacje z kobietami, o czym świadczyć może fakt, że w ciągu zaledwie 10 lat, był aż 3-krotnie żonaty.

 

Bogdan Arnold - Władca much

Bogdan Arnold – Władca much

 

W 1951 r., mając zaledwie 17 lat, zawarł związek małżeński z Jadwigą M. Agresywne zachowanie mężczyzny i skłonność do nadużywania alkoholu zaowocowały rozwodem, który orzeczono w 1958 r. Krótko po tym zdarzeniu, mężczyzna związał się z Cecylią S., z którą żył przez kilka miesięcy w konkubinacie. Również ten związek się rozpadł.  W późniejszym okresie mężczyzna jeszcze 2-krotnie stawał na ślubnym kobiercu – w 1960 r. z Weroniką C., a następnie w grudniu 1961 r. z Władysławą P. Oba małżeństwa zakończyły się rozwodem. Powody były zawsze te same – brutalność i alkoholizm.

O szczególnych upodobaniach Bogdana Arnolda wiele mówią zeznania złożone przez Władysławę P. i Cecylię S. w 1967 roku:

„Wyzywał mnie od najgorszych. Wiązał ręce i nogi drutem, a do pochwy wkładał butelki po wódce. Dopiero kiedy mnie upokorzył, osiągał satysfakcję seksualną. Bił mnie, katował, a później przytulał i przepraszał. Wtedy osiągał orgazm”.*

„Uprawiał ze mną od 2 do 5 stosunków seksualnych dziennie. Pewnego razu, gdy przyszedł do domu pijany, w ciągu nocy zgwałcił mnie osiem razy. Kazał się gryźć po plecach i piersiach”. *

Po rozwodzie z Władysławą P., Bogdan Arnold prowadził typowo kawalerski tryb życia. Za dnia pracował jako elektryk w Katowicach, natomiast wieczorami przesiadywał w okolicznych barach, gdzie z łatwością podrywał kobiety. Jego życie miało się jednak diametralnie zmienić w październiku 1966 r.

 

POCZĄTEK SERII – MARIA B.

 

Była jesień, połowa lat ‘60. 33-letni Bogdan Arnold, od kilku lat mieszkał w Katowicach. W ciągu dnia pracował, jako elektryk, natomiast wieczorami przesiadywał w barach, których był stałym bywalcem. Tam też poznawał kobiety, które sprowadzał potem do swojego mieszkania przy ul. Dąbrowskiego 14.

Wieczór 12 października 1966 roku, nie różnił się specjalnie od pozostałych dni. Do przesiadującego w barze „Kujawiak” Bogdana Arnolda podeszła 30-letnia Maria B. prosząc o postawienie jej piwa. Podczas rozmowy mężczyzna zwrócił uwagę na jej wschodni akcent i wytatuowany cyrylicą napis na ręce. Kobieta okazała się repatriantką pochodzącą z Wołynia.  Kiedy w trakcie rozmowy Maria B. powiedziała, że potrzebuje noclegu, mężczyzna zaproponował jej spacer i kolację we własnym mieszkaniu.

Według późniejszych relacji Arnolda, w trakcie kolacji kobieta prowokacyjnie odsłaniała piersi i uda, sugerując chęć odbycia stosunku płciowego. Mężczyzna chętnie przystał na tę propozycję, jednak szybko okazało się, że Maria B. jest prostytutką i za swoje usługi żąda 500 zł. Zdenerwowany tym faktem Arnold kazał kobiecie natychmiast opuścić mieszkanie. Maria B. nie zamierzała jednak rezygnować z potencjalnego zarobku – tym samym stając się pierwszą ofiarą Bogdana Arnolda.

 

Wejście do klatki kamienicy, gdzie mieszkał Bogdan Arnold

Wejście do klatki kamienicy, gdzie mieszkał Bogdan Arnold

 

Ku zaskoczeniu mężczyzny, prostytutka na jego oczach podarła na sobie ubranie i w kilku miejscach zadrasnęła się, a następnie zaczęła grozić, że zgłosi się na milicję, jako ofiara gwałtu, jeżeli nie otrzyma wspomnianej kwoty. Chwilę później, najprawdopodobniej na skutek braku zapłaty, postanowiła opuścić mieszkanie. Tymczasem spanikowany Arnold, wierząc, że kobieta zamierza spełnić swoje groźby, postanowił ją powstrzymać – za wszelką cenę.

„Nie chcąc dopuścić do skandalu podszedłem do niej, kopnąłem w okolicę zginania się kolan, wskutek czego B. zachwiała się. Ja chwyciłem ją przedramieniem od tyłu za szyję i rękę tę zacząłem zaciskać. Ponieważ B. broniąc się zadrapała mnie w okolicę nadgarstka, pod wpływem bólu chwyciłem leżący na kuchence młotek murarski, którym uderzyłem ją dwa lub trzy razy w głowę i poczułem, że jej ciało wiotczeje. Położyłem ją na tapczanie i spostrzegłem, że nie żyje. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem co robić i postanowiłem wyjść na miasto. Obawiając się jednak, że ktoś odkryje zwłoki, schowałem je do tapczanu. Przez trzy dni chodziłem pijany, a po trzech dniach, postanowiłem zrobić z tym porządek.” *

 

Wejście do mieszkania Bogdana Arnolda - rok 1967.

Wejście do mieszkania Bogdana Arnolda – rok 1967.

 

Po powrocie do domu, mężczyzna wyciągnął zwłoki Marii B. z tapczanu i rozebrał, a następnie odciął kobiecie lewą dłoń, zawinął ją w część odzieży i spalił w piecu. Również torebka zamordowanej została spalona, wraz z całą zawartością. Podczas próby spalenia dłoni sprawca zorientował się, że proces ten jest czasochłonny, postanowił więc usunąć zwłoki w inny sposób.

„Początkowo chciałem palić części zwłok, ale nie miałem węgla, a przy drzewie to nie szło. Otworzyłem więc przy pomocy noża kuchennego jamę brzuszną, skąd wyjąłem wszystkie wnętrzności, które krajałem na kawałki i spuszczałem otworem kanalizacyjnym znajdującym się w moim mieszkaniu, zaś same zwłoki umieściłem w skrzyni drewnianej obitej od wewnątrz blachą.” *

Po umieszczeniu ciała Marii B. w drewnianej skrzyni, służącej jako wanna, Bogdan Arnold postanowił odciąć kobiecie głowę i ugotować ją w kotle do prania bielizny, a pozostałą część ciała zasypać chlorkiem. Miało to na celu zapobieżenie dalszemu rozkładowi ciała i zneutralizowanie zapachu rozkładających się zwłok. Po wykonaniu tych czynności wannę nakrył ceratą i położył na niej skrzynię tapczanu. Później zwłokami Marii B. już się nie interesował.

„Dla przyśpieszenia rozkładu zwłok chciałem kupić sodę kaustyczną, ale nie mogłem jej nigdzie dostać, wobec czego kupiłem około dziesięciu paczek chloru. Rozpuściłem go i zalałem gorącą wodą. W ten sposób zapobiegłem dalszemu rozkładaniu się zwłok i tak leżały one w tej skrzyni, aż do następnego morderstwa. Obciętą głowę włożyłem do garnka z ciepłą wodą. Nie mogłem znieść tego widoku, dlatego poszedłem się napić do baru. Kiedy wróciłem, postawiłem kociołek na elektryczny grzejnik. Zasnąłem. Po obudzeniu stwierdziłem, że zawartość kociołka zagotowała się.” *

PRZYPADEK LUDMIŁY G.

 

10 dni od zabójstwa Marii B., rankiem 22 października 1966 roku, wychodzący do pracy mieszkańcy kamienicy przy ul. Dąbrowskiego 14, napotkali siedzącą na schodach, półnagą kobietę. Kobieta nie mogła opuścić budynku sama, gdyż drzwi wejściowe zamykano na noc. Po krótkiej wymianie zdań, opuściła klatkę schodową i wyszła na ulicę. Parę minut później, dyżurny Komendy Dzielnicowej MO Katowice – Bogucice odebrał telefon od Stanisława K., który poinformował, że na ulicy spotkał kobietę, w podartym ubraniu, z rękami związanymi drutem. Kobieta ta, którą była Ludmiła G., twierdziła, że została wciągnięta do budynku przez mężczyznę, który poddusił ją ręcznikiem, podarł ubranie, związał ręce drutem, a następnie zgwałcił. Udało jej się oswobodzić w momencie, gdy pijany gwałciciel zasnął, wtedy też wyszła z jego mieszkania, nie mogła jednak opuścić kamienicy, gdyż drzwi były zamknięte.

 

Wejście do mieszkania Bogdana Arnolda - rok 2018.

Wejście do mieszkania Bogdana Arnolda – rok 2018.

 

Choć okoliczności, w których Stanisław K. napotkał kobietę, potwierdzały jej zeznania, milicjanci postanowili nie dać wiary słowom Ludmiły G., gdy zorientowali się, że jest ona prostytutką. Również fakt, że nie potrafiła podać nazwiska mężczyzny, z którym, jak się później okazało, dobrowolnie wyszła z baru, a także dokładnego adresu, jedynie numer domu (Dąbrowskiego 14) spowodowały, że milicjanci zaniechali czynności w tej sprawie.  W ten sposób Bogdan Arnold pozostał bezkarny.

N.N.

 

Od zabójstwa Marii B. i incydentu z Ludmiłą G. minęło kilka miesięcy. Był wieczór 11 marca 1967 r.  Bogdan Arnold, przesiadując w barze „Mazur”, nawiązał rozmowę z ok. 40-letnią kobietą, którą potem postanowił zabrać do swojego mieszkania. Mężczyzna był jednak tak pijany, że nie był zdolny do odbycia z nią stosunku płciowego. W związku z tym, związał jej ręce i nogi, aby do rana mu nie uciekła.

„Aby po przebudzeniu się tej kobiety nie było jakichś komplikacji, postanowiłem ją związać i sam zasnąłem obok niej.” *

Następnie po przebudzeniu, mężczyzna znęcał się nad uwięzioną i gwałcił wielokrotnie, do momentu, gdy nagle na schodach usłyszał kroki. Wtedy też postanowił ją udusić, aby nie zaalarmowała sąsiadów:

„Na drugi dzień rano, w trakcie odbywania stosunku, kobieta będąc ciągle związana, usłyszawszy, że ktoś idzie po strychu, chciała krzyknąć, ale ja nacisnąłem ręką na jej krtań i to spowodowało śmierć.” *

Powód samego zabójstwa nie jest jednak w tym przypadku do końca jasny. Podczas kolejnych przesłuchań, Bogdan Arnold kilkukrotnie zmieniał wersję zdarzeń. Według pierwszej z nich, kobietę udusił, ponieważ odkryła zwłoki Marii B., według kolejnej – ponieważ tak zamiar powziął jeszcze siedząc z nią w barze.  W jego wyjaśnieniach niezmienne okazały się jedynie okoliczności poprzedzające zabójstwo i sposób postępowania z ciałem uduszonej kobiety.

 

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

 

Po zabójstwie, mężczyzna ściągnął ubranie, aby nie zabrudzić go krwią, a następnie poćwiartował zwłoki przy użyciu noża i piły. Odciął głowę i kończyny, a następnie usunął z jamy brzusznej wnętrzności i wrzucił je (po wcześniejszym pocięciu na mniejsze fragmenty) do rury kanalizacyjnej.  Podobnie postąpił z pośladkami i piersiami zamordowanej, z tym, że wcześniej zmielił je w maszynce do mięsa. Tułów umieścił w wannie, w której znajdowały się już zwłoki Marii B., a głowę ofiary w garnku z gorącą wodą. Rzeczy kobiety spalił w piecu. Później, po prostu wyszedł z mieszkania.

 „Po wyjściu tego kogoś ze strychu zrobiłem z tą kobietą to samo, co z poprzednią, po czym poszedłem do kolegi i razem pojechaliśmy do Halemby. Później poszliśmy do nocnego lokalu, gdzie spotkaliśmy innych kolegów i popiliśmy tak, że do Katowic dojechałem ostatnim autobusem. Następnego dnia nie poszedłem do pracy i aby mieć jakieś usprawiedliwienie, postanowiłem złamać sobie palec. W tym celu owinąłem rękę szmatą i uderzyłem młotkiem. Doznałem pęknięcia kości palca. Nie zgodziłem się, aby mi palec dać do gipsu i po trzech dniach pojechałem do pracy.” *

Tożsamości drugiej ofiary nigdy nie udało się ustalić.

ESKALACJA – STEFANIA M. I HELGA S.

 

Okoliczności zabójstwa trzeciej ofiary Bogdana Arnolda nie są do końca znane, gdyż sam sprawca nie potrafił jednoznacznie określić, dlaczego zabił niedorozwiniętą umysłowo prostytutkę, Stefanię M. – choć w toku śledztwa złożył ostatecznie wyjaśnienia dotyczącego również tego zabójstwa.

Według Bogdana Arnolda, 21 kwietnia 1967 r. pijana Stefania M., zaczepiła go w pobliżu baru „Hungaria” słowami „Pójdziemy, Kochany?”. Mężczyzna przystał na jej propozycję i razem udali się do jego mieszkania na poddaszu.

„Spałem w nocy czujnie, by ona przypadkiem nie natknęła się na zwłoki tamtych dwóch ofiar. Rano postanowiłem tę kobietę obezwładnić i w tym celu posunąłem się do fortelu twierdząc, że muszę iść do pracy, wobec czego i ona musi wstać. Oświadczyła, że jest śpiąca i prosiła, aby jej nie wyrzucać, abym ja zamknął, a gdy wrócę, to ją wypuszczę. Powiedziałem na to, że mam obawy, bo już raz zostałem w ten sposób okradziony, owszem, mogę ją zostawić, ale żeby się zabezpieczyć przed jakąś niespodzianką z jej strony, zwiążę jej ręce. Wyraziła na to zgodę. Związałem jej ręce z tyłu i oczywiście już do pracy nie poszedłem.” *

Po związaniu kobieta była m.in. uderzana gruby prętem, kopana prądem i wielokrotnie gwałcona. Po wielu godzinach mężczyzna rozkazał jej stanąć twarzą do ściany, po czym podszedł i udusił ją przy użyciu kabla elektrycznego. Zwłoki pozostawił na podłodze i opuścił mieszkanie na kilka dni. Po powrocie rozebrał ciało Stefanii M., a następnie przy użyciu kabla przeciągnął je do wanny. Tak, jak w przypadku pozostałych ofiar, głowę obciął i umieścił w kotle do prania bielizny.

 

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

 

Choć odór wydobywający się z mieszkania stawał się nie do wytrzymania, Bogdan Arnold wciąż w nim przebywał – z rozkładającymi się ciałami swoich 3 ofiar. Ostatecznie, dokładnie miesiąc po zabójstwie Stefanii M., 22 maja 1967 roku mężczyzna dokonał czwartego i zarazem ostatniego zabójstwa prostytutki – tym samym pieczętując swój późniejszy los.

Helga S. stała w okolicach dworca PKP, gdy mężczyzna zaczepił ją na ulicy i zaprosił do siebie, aby się ogrzała.

„W mieszkaniu dałem jej coś przegryźć, postawiłem ćwiartkę i położyliśmy się spać. Pomyślałem sobie wówczas, że już za dużo tego wszystkiego i powiedziałem jej, że muszę się udać do kolegi w celu załatwienia delegacji. Odpowiedziała, że można to przecież zrobić i rano. Upierałem się jednak przy swoim, a chodziło mi głównie o to, by doprowadzić do związania jej rąk. W rezultacie pozwoliła na to i oczywiście już nigdzie wtedy nie poszedłem. Odbywałem z nią orgie jak z poprzednimi ofiarami i trwało to przez niedzielę, aż do poniedziałku.” *

W pewnym momencie mężczyzna okręcił wokół szyi Helgi S. pończochę, a następnie udusił kobietę przytrzymując jeden koniec pończochy nogą, a za drugi ciągnąc rękoma.

„Kiedy miałem iść do pracy, postanowiłem z nią skończyć i w tym celu udusiłem ją jej własną pończochą. Miałem możność usunięcia tak pierwszych, jak i następnych zwłok, ale ogarnęła mnie jakaś apatia i zaniechałem tego.” *

Ostatecznie zwłoki porzucił pod oknem, prawdopodobnie dlatego, że w wannie nie było już miejsca. W późniejszym okresie okazało się, że zaginięcie Helgi S. zostało zgłoszone przez jej ojca, jednak dopiero 29 czerwca 1967 r., czyli po ponad miesiącu od jej śmierci.

ROJE MUCH

 

Po zabójstwie Helgi S., Bogdan Arnold wiedział, że niedługo jego zbrodnie wyjdą na jaw. Sąsiedzi już od dłuższego czasu uskarżali się na dziwny odór wydobywający się z mieszkania na poddaszu, a także na liczne robactwo, które poprzez kanalizację przedostawało się m.in. do mieszkania sąsiadki z piętra poniżej – Janiny Franek.

Kobieta zwróciła również uwagę na nietypowy zapach, wydobywający się z mieszkania sąsiada, sugerując w rozmowie, że jest to woń rozkładających się zwłok. Tymczasem Arnold tłumaczył się, jak mógł – że to przez brak ustępu, że nic nie może poradzić. Nieświadomi niczego sąsiedzi, pozostawili go więc w spokoju – bowiem ostatecznie – wydawał się mężczyzną miłym i zadbanym, o przyjemnej aparycji.

Tymczasem w mieszkaniu numer 9 rozkładały się ciała czterech zamordowanych kobiet. Silny, charakterystyczny zapach ptomain (pot. jad trupi) zmusił Bogdana Arnolda do opuszczenia mieszkania. Od tego momentu pojawiał się on na ulicy Dąbrowskiego 14 tylko w celu wietrzenia poddasza. Resztę doby spędzał przesiadując w okolicznych pijackich melinach lub na dworcu.

 

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

Bogdan Arnold podczas wizji lokalnej.

 

8 czerwca, ok. godziny 15:20, na Komendę Dzielnicową MO Katowice – Bogucice zgłosił się Józef Rybosz. Mężczyzna poinformował funkcjonariuszy, że od kilku dni, wraz ze swoim bratem Waldemarem, obserwowali narastający rój much w oknie na poddaszu przy ul. Dąbrowskiego 14. Ostatecznie, przypuszczając, że mieszkający tam mężczyzna nie żyje, bracia postanowili zgłosić sprawę na milicję.

Tymczasem przybyły na miejsce oficer ustalił, że mieszkanie o którym mowa, oznaczone jest numerem 9, że spod drzwi unosi się intensywny zapach zgnilizny oraz, że osobą zameldowaną pod tym adresem, jest Bogdan Arnold, 34-letni elektryk. Nie chcąc wyłamywać drzwi, milicjanci postanowili wezwać strażaków, którzy do mieszkania mieli dostać się przez okno na poddaszu, aby zweryfikować powód tak licznego wylęgu much. Strażak, któremu zlecono zadanie przedostania się do mieszkania, ze względu na odurzającą i intensywną woń unoszącą się po otwarciu okna, musiał posłużyć się maską przeciwgazową.  Ostatecznie, po odnalezieniu zwłok leżących pod oknem, mężczyzna opuścił poddasze i poinformował o swoim odkryciu. O godz. 16:07 milicjanci wkroczyli do mieszkania.

 

Widok na okno mieszkania nr 9, w którym zaobserwowano roje much. Czerwiec 1967 vs sierpień 2018.

Widok na okno mieszkania nr 9, w którym zaobserwowano roje much. Czerwiec 1967 vs sierpień 2018.

 

OGLĘDZINY

 

„Pod parapetem leżały ludzkie zwłoki w stanie daleko posuniętego rozkładu. W łazience stała duża drewniana skrzynia murarska obita cynkową blachą. W jej wnętrzu ujawniono kilka ciał. Nie mogliśmy określić płci, ani nawet liczby zwłok. W cuchnącej, rozkładającej się ludzkiej tkance ruszały się tysiące larw, poczwarek, owadów. Spod wanny wystawało owinięte w gazetę podudzie. Weszliśmy do kuchni. Na piecu stał garnek. Wiedzieliśmy już, co będzie w środku… na powierzchni gara pływała rozgotowana ludzka głowa. Na stole tykał budzik. Obok niego leżał mokry pędzel do golenia. Nie mieliśmy wątpliwości, że tutaj cały czas ktoś mieszkał”. *

Oględziny miejsca zdarzenia trwały przez kolejne 5 dni, w trakcie których, milicjanci zabezpieczyli łącznie 300 przedmiotów i śladów, a sam protokół został spisany na 54 stronach maszynopisu.

Po wkroczeniu do mieszkania milicjanci musieli dokonać oględzin dwóch pomieszczeń – siedziby głównej, o powierzchni 14 m2, z oknem wychodzącym na podwórze oraz pomieszczenia o powierzchni 12 m2. Po wejściu do pierwszego pokoju uwagę milicjantów przykuł tykający budzik (który zatrzymał się 9 czerwca 1967 r. na godz. 4:45, co sugerowałoby, że został nakręcony dokładnie dzień wcześniej o tej porze) oraz mokry pędzel do golenia. Następnie milicjanci odnaleźli leżące pod oknem zwłoki w stanie zaawansowanego rozkładu, najprawdopodobniej płci żeńskiej, z zaciśniętą wokół szyi pętlą z pończochy. W mieszkaniu znaleziono również inne elementy damskiej garderoby, m.in. płaszcz, spódnicę, pończochy, bluzkę, sukienki, biustonosz, halkę.

W drugim pomieszczeniu, w którym źródłem światła dziennego był świetlik, szczególną uwagę przykuła obita blachą drewniana skrzynia, o wymiarach: dł. 145 cm, szer. u góry 75 cm, szer. u dołu 40 cm, wys. 33 cm. Jej wnętrze zasłaniała cerata i dodatkowo umieszczona na niej skrzynia od tapczanu. Po usunięciu ceraty i skrzyni stwierdzono, że „w wannie znajduje się szarobrunatna masa, a w niej części ludzkich szkieletów, takie jak: klatka piersiowa, kości biodrowe i dwie czaszki.” *

 

Od lewej: skrzynia ze zwłokami 3 ofiar, kocioł do gotowania bielizny z czaszką wewnątrz, odkryty kocioł z widoczną czaszką.

Od lewej: skrzynia ze zwłokami 3 ofiar, kocioł do gotowania bielizny z czaszką wewnątrz, odkryty kocioł z widoczną czaszką.

 

Na środku pomieszczenia, obok skrzyni leżało, owinięte w „Trybunę robotniczą” z 16 maja 1967 r., w stanie zaawansowanego rozkładu, lewe podudzie. Oprócz tego, w kotle do prania bielizny, nakrytym płytą izolacyjną, znaleziono zanurzoną w wodzie, odciętą ludzką głowę.

Ostatecznie ustalono, że w mieszkaniu znajduje się kilka ciał, w różnym stanie rozkładu, których stan sugeruje działanie przestępcze oraz, że wśród nich nie ma zwłok najemcy. Należało więc działać dwutorowo: ustalić tożsamość osób, których ciała znajdowały się w mieszkaniu oraz dokonać zatrzymania Bogdana Arnolda i przesłuchać go w charakterze podejrzanego.

Ze względu na utrudnione warunki pracy – intensywny odór rozkładających się zwłok, duże ilości much oraz larw – zadecydowano o konieczności przetransportowania wanny wraz z jej zawartością, a także owiniętego gazetą podudzia, kotła z ludzką głową, ciała znajdującego się pod oknem oraz odzieży zabezpieczonej w mieszkaniu do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Zabrzu.

 

Rysunek przedstawiający umiejscowienie poszczególnych obiektów w mieszkaniu Bogdana Arnolda podczas dokonywania oględzin.

Rysunek przedstawiający umiejscowienie poszczególnych obiektów w mieszkaniu Bogdana Arnolda podczas dokonywania oględzin.

 

1 – drzwi wejściowe, 2 – szafka nocna, 3 – radio, 4 – budzik, 5 – damska halka, 6 – tapczan, 7 – plama na tapczanie, 8 – płaszcz pod tapczanem, 9 – zwłoki, 10 – okno, 11 – stół, 12 – pędzel do golenia, 13 – zlew, 14 – młotek, 15 – kuchnia, 16 – szafka, 17 – halka i pończocha damska, 18 – świetlik, 19 – drewniana skrzynia,  20 – okno-świetlik, 21 – skrzynia od tapczanu, 22 – drewniana skrzynia ze zwłokami, 23 – kości ludzkie owinięte w gazetę, 24 – szafa, 25 – torba i sweter damski, 26 – szafka, 27 – stół, 28 – deska ze śladami tkanki tłuszczowej, 29 – kocioł z ludzką czaszką.

REKONSTRUKCJA

 

Po przewiezieniu ciał, medycy sądowi podjęli się żmudnej pracy polegającej na skompletowaniu zwłok oraz próbie odtworzenia ich prawdopodobnego wyglądu. Według ustaleń biegłych były to zwłoki 4 kobiet, w różnym stanie rozkładu. Ostatecznie, biegli sporządzili następujący opis:

  • Zwłoki oznaczone nr 1 (znalezione pod oknem) – kobieta, w wieku ok. 30 lat, wzrost ok. 166 cm, ciało znajdowało się w stadium mumifikacji; anatomicznie układ kostny był kompletny, brak urazów mechanicznych, szyję oplatała zadzierzgnięta pętla z trykotowej pończochy; ciało było częściowo w bieliźnie. Przypuszczalny czas zgonu: ok. 2 tygodnie wcześniej.
  • Zwłoki oznaczone nr 2 (znalezione na wierzchu skrzyni) – kobieta, w wieku ok. 40 lat, wzrost ok. 163 cm, ciało było objęte procesem gnilnym; anatomicznie układ kostny był kompletny, brak urazów mechanicznych, na szyi znajdowała się zaciśnięta pętla z kabla elektrycznego; ciało było nagie. Przypuszczalny czas zgonu: ok. 4 miesiące wcześniej.
  • Zwłoki oznaczone nr 3 (znalezione w skrzyni) – kobieta, w wieku ok. 35 -40 lat, wzrost ok. 159 cm, ciało było objęte daleko posuniętym procesem gnilnym; anatomicznie układ kostny był niekompletny: brakowało głowy, obu kończyn dolnych do kolan oraz obu przedramion; głowa znajdowała się w kotle do prania bielizny, lewe podudzie było owinięte gazetą, prawe znajdowało się na dnie skrzyni; Przypuszczalny czas zgonu: hipotetycznie ok. 4 miesiące wcześniej.
  • Zwłoki oznaczone nr 4 (znalezione na dnie skrzyni) – kobieta, w wieku ok. 30 lat, wzrost powyżej 170 cm, całe zwłoki oklejone były rozmiękłą masą w stanie daleko zaawansowanego rozkładu; anatomicznie układ kostny był niekompletny: brakowało lewej dłoni oraz głowy; głowa znajdowała się w wannie między zwłokami, ujawniono na niej trzy włamania w prawej okolicy skroniowo-ciemieniowej oraz jedno, w lewej okolicy skroniowo-sutkowej. Przypuszczalny czas zgonu: ok. 6 miesięcy wcześniej.

Przy żadnej z kobiet nie znaleziono rzeczy osobistych ani dokumentów. Niemożliwe okazało się również wykonanie daktyloskopii ani gipsowych odlewów twarzy, ponieważ stan rozkładu zwłok był zbyt zaawansowany. Choć sprawca został ujęty kilka dni po odkryciu zwłok, nie potrafił on podać żadnych danych, na podstawie których można by było określić tożsamość ofiar. Do identyfikacji postanowiono więc posłużyć się zdjęciami plastycznych rekonstrukcji wyglądu twarzy ofiar, których podjął się plastyk-ekspert Zakładu Kryminalistyki Komendy Głównej MO, mgr Z. Niziałek. Do przygotowania plastycznych rekonstrukcji twarzy posłużyły czaszki ofiar oraz wyjaśnienia podejrzanego.

Ekspert w pierwszej kolejności sporządzał plastyczną rekonstrukcję wyglądu kobiety na podstawie jej czaszki, następnie rekonstrukcja była fotografowana, a zdjęcie retuszowane, aby nadać mu bardziej naturalny wygląd. Kolejnym krokiem było dorysowywanie m.in. uczesania, nakrycia głowy i innych charakterystycznych elementów, w oparciu o wyjaśnienia podejrzanego, a następnie ponowne wykonanie fotografii rekonstrukcji. Dopiero to zdjęcie mogło posłużyć do identyfikacji ofiary.

Dzięki tej metodzie milicjantom udało się ustalić, że zwłoki oznaczone numerem 4, należały do Helgi S., zwłoki oznaczone numerem 3 do Stefanii M., zwłoki oznaczone numerem 1 do Marii B. Tożsamości kobiety, której zwłoki oznaczono numerem 2, nie udało się ustalić.

 

Rekonstrukcja twarzy jednej z ofiar w poszczególnych krokach wraz ze zdjęciem przedstawiającym zidentyfikowaną ofiarę, od lewej: czaszka ofiary; rekonstrukcja plastyczna; fotografia, która posłużyła do identyfikacji; rzeczywiste zdjęcie ofiary

Rekonstrukcja twarzy jednej z ofiar w poszczególnych krokach wraz ze zdjęciem przedstawiającym zidentyfikowaną ofiarę, od lewej: czaszka ofiary; rekonstrukcja plastyczna; fotografia, która posłużyła do identyfikacji; rzeczywiste zdjęcie ofiary

ZATRZYMANIE

 

Już w pierwszej fazie oględzin mieszkania stwierdzono, że zabójcą kobiet może być jedynie najemca mieszkania, Bogdan Arnold. Priorytetowe było, więc jak najszybsze zatrzymanie podejrzanego, nie tylko z powodu makabrycznego charakteru popełnionych zbrodni, ale również ze względu na możliwość posiadania przez niego informacji, które ułatwią identyfikację ofiar. Dodatkowo, (błędnie) przypuszczano, że Arnold może być powiązany ze sprawą licznych zabójstw kobiet na terenie Zagłębia, choć sprawca tamtych zbrodni miał inny modus operandi.

W celu szybkiego ujęcia podejrzanego zarządzono blokadę dróg, a dworce i publiczne środki lokomocji poddano systematycznej kontroli. Milicjanci sprawdzali okoliczne meliny i speluny, odwiedzili krewnych i przyjaciół Bogdana Arnolda, obserwowali kluczowe punkty miasta. Ogłoszono poszukiwania nadzwyczajne na terenie województwa katowickiego, następnie zarządzono poszukiwania ogólnokrajowe. W prasie, radio i telewizji pojawiały się informacje o podejrzanym.

Tymczasem sprawca ukrywał się głównie na hałdach węglowych w Katowicach i okolicy. Wiedział, że jest poszukiwany, gdyż 8 czerwca ok. godz. 16:00 wracając z pracy do mieszkania, zauważył tłum ludzi pod kamienicą. Gdy spostrzegł, że okno jego mieszkania jest otwarte, zrozumiał, że został zdemaskowany. Ostatecznie, jego zatrzymania dokonano dzięki mieszkańcom Katowic – to oni rozpoznali podejrzanego, gdy pojawił się w okolicy huty „Silesia”. 14 czerwca 1967 r. ok. godz. 11:55 Bogdan Arnold został zatrzymany.

PRZESŁUCHANIE

 

Już podczas pierwszego przesłuchania Bogdan Arnold przyznał się do zarzucanych mu czynów. Chętnie opowiadał o swoich relacjach z ofiarami, a także kobietami w ogóle. Choć nie znał nazwisk ofiar, wyjaśnienia, które złożył przyczyniły się do ustalenia tożsamości trzech z czterech zamordowanych kobiet. Rekonstrukcje samych zabójstw powstały tylko i wyłącznie w oparciu o wyjaśnienia Arnolda, jednak wersje zdarzeń przedstawiane przez podejrzanego udało się częściowo uprawdopodobnić dzięki naocznym świadkom.

Prostytutka Stanisława S., która odwiedziła mieszkanie przy Dąbrowskiego 14 w 1966 r. potwierdziła, że zachowywał się on bardzo dziwnie w jej obecności. Wydawał nienaturalne dźwięki, przypominające wycie, masturbował się w jej obecności. Przestraszona, uciekła nago z mieszkania. Inne prostytutki, Czesława i Leokadia D. potwierdziły, że seks z podejrzanym miał charakter perwersyjny. Z kolei Salomea S. zeznała, że została przez Arnolda ugryziona w pierś podczas czynności seksualnych.

Ludmiła G., która cudem przeżyła, zeznała, że podczas wizyty w mieszkaniu na Dąbrowskiego, mężczyzna zarzucił jej ręcznik na szyję i zaczął dusić, następnie podarł jej ubranie, a nogi i ręce związał drutem, po czym zgwałcił wielokrotnie.

Podczas jednego z przesłuchań Bogdan Arnold opowiedział także o swoich planach na pozbycie się zwłok – chciał przetransportować ciała kobiet samochodem, jednak nie udało mu się znaleźć odpowiedniego pojazdu. Na pytanie milicjantów, w jaki sposób chciał wynieść z mieszkania niepostrzeżenie rozkładające się zwłoki, nie potrafił udzielić odpowiedzi.

MOTYWY ZBRODNI

 

Choć wydawać by się mogło, że zbrodnie Bogdana Arnolda wynikały z jego sadystycznych skłonności seksualnych, on sam motywował swoje działania silną nienawiścią do kobiet. W swoich wyjaśnieniach winą za wszystko obarczył swoje żony, które nie chciały spełniać jego perwersyjnych fantazji seksualnych, a dowodem głębokiej urazy do kobiet miało być otrucie pierwszej żony – do którego przyznał się w trakcie jednego z przesłuchań. Ostatecznie okazało się jednak, że Jadwiga M. zmarła w 1964 r. w szpitalu, na skutek porażenia słonecznego.

Przesłuchujący go milicjanci, a także badający go biegli byli zgodni w kwestii osobowości Bogdana Arnolda – mężczyzna często konfabulował i był mało krytyczny wobec siebie, obarczając innych winą za swoje życiowe niepowodzenia. Sam nie odczuwał wyrzutów sumienia z powodu popełnionych czynów. Nie dostrzegał w swoim postępowaniu żadnych nieprawidłowości nawet względem osób, nad którymi się znęcał w sposób bezlitosny.

Twierdził, że do czasu pierwszego zabójstwa nie korzystał z usług prostytutek. Te, które odwiedziły jego lokum poznał m.in. w barach Wojko, Hungaria, Dworcowa, Kujawiak, Mazur.

„Do chwili dokonywania morderstw, perwersje uprawiałem za zgodą partnerek. Przyszłe ofiary zwracały się do mnie z prośbą o odwiązanie rąk, a ja mówiłem, że zrobię to wtedy, kiedy uznam za stosowne. Potem biłem te kobiety i zastraszałem, przez co doprowadzałem je do całkowitej apatii, po czym były mi powolne. Innego nacisku nie stosowałem.” *

Jego zachowanie, brutalny charakter popełnionych zbrodni, skłonności sadystyczne oraz fakt mieszkania przez wiele miesięcy pod jednym dachem z rozkładającymi się zwłokami, stanowiły podstawę do poddania oskarżonego badaniom psychiatrycznym. Sam Arnold przypuszczał, że został skierowany na obserwację, ponieważ dopuścił się świadomie tak okrutnych czynów, że według prowadzących śledztwo musiał być nienormalny.

OSOBOWOŚĆ SPRAWCY

 

Bogdan Arnold spędził 6 miesięcy w szpitalu psychiatrycznym w Grodzisku Mazowieckim, gdzie został poddany badaniom i obserwacji. Przez pierwsze dwa miesiące jego zachowanie było poprawne, jednak w późniejszym okresie dochodziło z jego strony do gróźb słownych, których jednak nie realizował.

Na oddziale chciał uchodzić za przykład dla pozostałych pacjentów szpitala. Ostatecznie sporządzona opinia biegłych była dosyć zaskakująca:

„W toku aktualnych badań, obserwacji i w zebranej dokumentacji dodatkowej nie dostrzeżono objawów mogących świadczyć o istnieniu procesu psychotycznego. Pacjent przeczył omamom, jego wypowiedzi nie nosiły cech urojeniowych, zachowanie w życiu codziennym nie nasuwało podejrzenia, by je dysymulował. Sugerowana przez niego nienawiść do kobiet, mająca być motywem zarzucanych mu czynów, co mogłoby nasuwać podejrzenie zaburzeń psychicznych, nie znajduje potwierdzenia.” *

Również świadkowie potwierdzili, że Bogdan Arnold utrzymywał w tym samym czasie stosunki seksualne z wieloma kobietami, a jego stosunek do kobiet, z którymi stykał się w pracy na co dzień był poprawny. Uznano więc, że nienawiść, która miała być głównym motywem zbrodni, była tylko i wyłącznie wtórną racjonalizacją działań sprawcy. Przeszłość Arnolda oraz obserwacja jego osobowości, wykazały szereg odchyleń od normy, typowych dla psychopatii – wczesne zerwanie kontaktów z rodziną, usamodzielnienie się w bardzo młodym wieku, niewykorzystanie możliwości intelektualnych (zaniedbanie nauki, rezygnacja z matury i zdobycia dyplomu elektryka), lekceważący stosunek do pracy, brak zdolności do prawidłowego zbudowania życia rodzinnego.

Zarówno częste zmiany pracy, jak i nietrwałe związki małżeńskie, uznano za wyraz słabo wykształconych mechanizmów przystosowania się do podstawowych norm współżycia społecznego.

„W życiu jego, obserwuje się liczne przykłady niedostatecznego poczucia odpowiedzialności moralnej, za czyny, jakich dokonywał. Wiadomo, że miał on szereg spraw o uchylanie się od płacenia alimentów, nie interesował się obu synami, był oskarżony o dokonanie kradzieży. Był zawsze nieprawdomówny i nieszczery. Nigdy nie wyrażał żalu i nie dostrzegano u niego wyrzutów sumienia za czyny, jakich dokonał. Wszystko to wskazuje na psychopatyczne, niedostateczne wykształcenie uczuciowości wyższej.” *

W dalszej części opinii biegli skupili się przede wszystkim na skłonnościach seksualnych oskarżonego. Bogdan Arnold był osobą o dużym popędzie seksualnym, który pomimo pozostawania w związku małżeńskim w tym samym czasie, utrzymywał stosunki z przygodnie poznanymi kobietami. Z czasem pojawiła się u niego potrzeba perwersyjnych stosunków seksualnych, zadawania partnerce bólu i znęcania się nad nią, a w ostatnim okresie również skłonności masochistyczne.  Co ciekawe, biegli stwierdzili, że wyostrzenie się cech psychopatycznych mogło nastąpić w skutek nadużywania przez oskarżonego alkoholu:

„Wiadomo, że od 1952 roku nadużywał alkoholu, zwłaszcza w ostatnim okresie. Nie można wykluczyć możliwości, że alkohol wpłynął w pewnym stopniu na pogłębienie się cech psychopatycznych osobowości. Zarówno z akt sprawy, jak i aktualnych badań brak jest danych aby uznać, iż nadużywanie alkoholu spowodowało u niego istnienie alkoholizmu przewlekłego. Brak jest typowych zmian somatycznych. Dlatego, naszym zdaniem, należy oskarżonego ocenić jako osobnika psychopatycznego, nadużywającego alkoholu.” *

Sposób popełnienia pierwszego zabójstwa, świadczył o tym, że sprawca, pomimo bycia pod wpływem alkoholu, zdawał sobie sprawę ze swoich czynów. Kolejne zabójstwa popełniał z pełną premedytacją, po wielogodzinnym znęcaniu się i wyżyciu seksualnym.

„Przebieg tych czynów opisał również dokładnie i brak jest danych aby stwierdzić, że w okresach tych występowały u niego zaburzenia psychiczne. Z zeznań świadków kontaktujących się z nim w okresie zarzucanych mu czynów nie wynika, aby wówczas takie zaburzenia u niego występowały.” *

Opinia biegłych nie pozostawiała żadnych wątpliwości – psychopatia u oskarżonego nie powodowała zniesienia ani też ograniczenia w znacznym stopniu jego zdolności rozumienia znaczenia dokonywanych czynów i kierowania swoim postępowaniem.

Bogdan Arnold został uznany za poczytalnego.

PROCES

 

Proces Bogdana Arnolda rozpoczął się 3 stycznia 1968 r. i trwał zaledwie 6 dni. W tym czasie wysłuchano 60 świadków, 5 biegłych oraz oskarżonego. Po odczytaniu aktu oskarżenia, Bogdan Arnold przyznał się do zarzucanych mu czynów oraz potwierdził, że zgadza się z treścią aktu oskarżenia. Podczas procesu podkreślał wielokrotnie, że jest w pełni władz umysłowych.

„Do winy poczuwam się i zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem, co robię, co mówię. Proszę nie uważać, że chcę się przedstawiać za niepoczytalnego. Pragnę jedynie, aby świadkowie mówili tak, jak było naprawdę. Na moje zachowanie miało wpływ szereg okoliczności, począwszy od mojego pierwszego, nieudanego małżeństwa. Potem to wszystko narastało, aż znalazło swoje odzwierciedlenie w październiku 1966, kiedy to dopuściłem się pierwszego morderstwa”.

Przed sądem podkreślał, że do zabójstw nigdy by nie doszło, gdyby jego życie małżeńskie ułożyło się inaczej, jednak jednocześnie cynicznie twierdził, że jedyne czego żałuje, to fakt, że nie udało mu się zabić swojej trzeciej żony. Twierdził jednocześnie, że miał zamiar popełnić samobójstwo, jednak obawiał się, że wtedy jego zbrodnie uznano by za działanie na tle rabunkowym, a nie chciał przynosić takiego wstydu swojej rodzinie.

Obrońca Bogdana Arnolda żądał powtórnych badań psychiatrycznych, uznając stany chorobowe występujące u oskarżonego, czyli oglądactwo, ekshibicjonizm, masochizm, skłonność do samogwałtu i sadyzm, jako podstawę do orzeczenia niepoczytalności. Sąd jednak odrzucił ten wniosek.

9 stycznia 1968 r. wyrokiem Sądu Wojewódzkiego Bogdan Arnold został skazany trzykrotnie na karę śmierci i jednokrotnie na karę dożywotniego pozbawienia wolności za pierwsze zabójstwo – łącznie na karę śmierci. Sąd Najwyższy, do którego sprawa wpłynęła na skutek rewizji zmienił wyrok na czterokrotną karę śmierci. Ostatnim życzeniem Bogdana Arnolda była prośba o zgodę na wypalenie papierosa.

Wyrok wykonano 16 grudnia 1968 roku, o godz. 18:40.

 

Dokument o Bogdanie Arnoldzie:

 

 

* Wszystkie cytaty pochodzą z akt sprawy oraz z kwartalnika „Problemy kryminalistyki” z 1969 roku.

 

autor: Alicja Szemlej

alicja@kryminalistyczny.pl


Więcej o zwłokach znajdziesz w książkach dr Andrzeja Gawlińskiego ↓

 

2 książki o zwłokach

2 książki o zwłokach – kliknij, aby dowiedzieć się więcej

5 komentarze
  1. Lusi
    Lusi says:

    Artykuł napisany bardzo przystępnie, w sposób zrozumiały dla laika w tej dziedzinie. Wymagał wnikliwości w poszukiwaniu źródeł i dociekliwości autorki. ” Zdrowo – chora” psychika mordercy była niesamowita, a tłumaczenie dlaczego dokonywał zabójstw powalające z nóg. autorce gratuluję artykułu.

    Odpowiedz
  2. Nina
    Nina says:

    Widać że Autorka artykułu ma lekką rękę do pisania choć porusza ciężki temat. Zastanawiające jednak jest jak Ci mieszkańcy mogli tak długo żyć w smrodzie rozkladajacych się ciał i sam morderca. Ostatnia ofiara musiał a już czuć zapach smrodu w mieszkaniu a mimo to weszła do domu mordercy. Wydaje mi się jednak dziwne że psychiatrzy nie dopatrzyli się żadnych zaburzeń psychicznych, a ten człowiek bez żadnych skrupułów dusil i ćwiartował ciała ofiar. W oczach innych zwykły pracujący facet.

    Odpowiedz
  3. izazuk68
    izazuk68 says:

    Jestem w trakcie czytania. Bardzo interesujące.
    W tytule rozdziału REKONSTRUKCJA brakuje literki.

    Odpowiedz

Skomentuj

Chcesz dołączyć do dyskusji?
Śmiało, napisz komentarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *